Przejdź do głównej zawartości

Jak wykorzystać dobrze nadmiar wolnego czasu czyli moja przygoda z wolontariatem




Czasami zrobimy coś w życiu co wspominamy latami, lepiej lub gorzej. Ja dzisiaj podzielę się z Wami wspomnieniami z mojego wolontariatu podczas Cracovia Maraton. Podam powód mojego udziału w nim, jak mi się pracowało, jak wspominam ten czas i czy polecam taką formę spędzania wolnego czasu.
Na wolontariat zdecydowałam się bardzo spontanicznie. Zapewne niektórzy z Was doskonale wiedzą, że moim niespełnionym marzeniem jest przebiec maraton. Doszłam do wniosku, że skoro nie mam na to szans to w takim razie będę częścią tego wydarzenia od zaplecza. Zobaczę co i jak. Weszłam na stronę Organizatora PZU Cracovia Maraton, poszperałam i zapisałam się. Jak dobrze pamiętam zrobiłam to poprzez formularz dostępny na stronie.

Praca zaczęła się kilka tygodni wcześniej. Pamiętam, że osoby chętne przychodziły na Stadion TS Wisły w wybranych przez siebie godzinach i pomagały ile mogły. Kojarzę niekończące się spinane agrafek dla zawodników. Tak te agrafki, które dostajecie spięte po 4 murzyni wcześniej spinają do kupy. Była to niekończąca się zabawa, nawet podczas wydania pakietów jak była wolna chwila to nadal to robiłyśmy. Wiecie, że ja tylko to mam w pamięci :D Oczywiście, że tam na dole w tych katakumbach robiliśmy o wiele więcej ale ja to akurat najlepiej zapamiętałam. Kilka dni przed samymi zawodami zaczęliśmy pakować jedzenie dla maratończyków. Wcześniej pakowaliśmy chyba dla zawodników z innych biegów. Z tego etapu zapamiętałam stojące pudła z galaretkami Wawel, piciem i innymi smakołykami, które mieliśmy wkładać do worków dla zawodników. Napełnianie tych workoplecaków jedzeniem również nie miało końca. Co nie znaczy, że ja to jakoś źle wspominam ;)




Przed samymi zawodami kiedy już górne pomieszczenia Stadionu były gotowe na przyjęcie zawodników, wyszliśmy z podziemi. I tu znów pamiętam, że do worków pakowaliśmy makulaturę czyli ogrom ulotek. Dla maratończyków było tego od groma. Ulotki były wykonane z dobrej jakoś papieru, kolorowe, błyszczące, których produkcja na pewno była droższa niż całego jedzenia. A wszystko po to aby wylądowały w koszach na śmieci. Pamiętam, że za kulisami był niezły bałagan i chaos. Wiadomo, że im bliżej do wydarzenia tym więcej stresu. Ale to wszystko było takie spoko, widzieliśmy na własne oczy ile wysiłku kosztuje dogranie wszystkiego, ile osób jest w to wydarzenie zaangażowane. Dostaliśmy już wtedy chyba swoje identyfikatory aby nie było wątpliwości kto kim jest. Ekscytacja coraz bardziej narastała aż w końcu nastał ten dzień czyli otwarcie Biura Zawodów. W dniu wydawania pakietów mieliśmy sami sobie zorganizować stanowiska pracy. Oczywiście dostaliśmy wytyczne co i jak mamy robić, co wydawać, mieliśmy wszystkie materiały etc. ale sami mieliśmy sobie zorganizować system pracy, poukładać wszystkie niezbędne rzeczy. Ja wydawałam pakiety na bieg RMF FM. Nie pamiętam ile osób było do wydawania pakietów i nowych zapisów ale było nas wystarczająco. Miałam też przyjemność pracować w zgranym zespole. Był to czas hardcorowy dla mnie bo postanowiłam wystartować w dwóch biegach, między wydawaniem pakietów. Pierwszy był pierwszego dnia wydawki czyli nocna dyszka. Opuściłam swoje stanowisko pracy i poszłam biegać. Pamiętam, że strasznie padało ale nam to nie przeszkadzało. Jest to jeden z lepszych moich startów ever (tutaj post o pozostałych takich startach). Bieg zaczynał się chyba o 20:00, więc można powiedzieć, że zaliczyłam go po całej dniówce. Szybki powrót do domu, szybkie spanie i szybki powrót do... zawodników. Nastała sobota i kolejny dzień wydawania pakietów oraz kolejny start w biegu o Puchar Radia RMF FM. Bieg niby krótki bo nie całe 4 km ale za to pod górkę na Kopiec Kościuszki a potem z górki. Nogi na tym krótkim dystansie mogą odczuć zmęczenie, zwłaszcza po nocnej dyszce i niewyspaniu. Na tym biegu odczuwałam już lekkie zmęczenie ale działała cudowna adrenalina, która jest naturalnym dopingiem biegaczy. Po biegu jak dobrze pamiętam mogłam wrócić do domu ale moja przygoda z wolontariatem jeszcze się nie zakończyła. Czekało nas teraz największe wyzwanie czyli pomoc maratończykom.




W niedziele mieliśmy się wszyscy stawić o 7 rano na Rynku Głównym. Na początku każda grupa wolontariuszy czy wolontariusz dostał zadanie a po kilku godzinach kiedy nastał chaos każdy robił co było w danej chwili konieczne. Ja z kilkoma dziewczynami zostałyśmy przydzielone do namiotów informacyjnych. Miałyśmy rozłożyć ulotki i gadżety oraz udzielać wszelkich informacji zawodnikom i  kibicom oraz rozdawać gadżety. Jak się okazało po gadżety przychodziło więcej ludzi niż po informację. Pamiętam, że do "naszego" namiotu przyszła pracownica ZiS'u z córką i dawała znać wolontariuszom aby się z niego wynieśli. Pani chciała gwiazdorzyć z córką i czekała jak przyjdzie "telewizja" przeprowadzać z nią wywiad. Serio. Nie z maratończykami ale z panią z ZiS'u, która wydaje gadżety i ulotki. No to się wyniosłyśmy, zresztą atmosfera przy starcie/mecie była o wiele ciekawsza niż w namiotach informacyjnych. Chwilę spokoju miałyśmy po starcie zawodników. Gdy dobiegał zwycięzca wszyscy mieli być zwarci i gotowi do wydawania medali, folii czy jedzenia. Przez przypadek nawet trafiłam do obsługi tzw. ViP'ów czyli najlepszych zawodników. Ta obsługa polegała głównie na prawie zaniesieniu czołowych zawodników do miejsca odpoczynku przeznaczonego dla nich. Powiem Wam, że wygrywających duże biegi oglądamy w telewizji albo gdzieś z dalsza będąc kibicem. Ja byłam w szoku jacy oni są chudzi i drobni a przede wszystkim padnięci. Biegnąc maraton w ciągu 2 godzin ich organizm dokonuje nie lada wysiłku aby takie tempo utrzymać do końca. Są zziajani, zmęczeni, czasem półprzytomni. Niektórych zawodników musieliśmy prawie nieść bo nie mieli sił aby po 42 km przejść te 400 m do swojego namiotu.
Pamiętam, że pierwsza polka, która dobiegła na metę, padła po jej przekroczeniu. Oczywiście podniosła się i sama doszła do miejsca odpoczynku ale widać było, że jest niesamowicie zmęczona. Gdy wszyscy ważniejsi dobiegli, czekaliśmy na kolejnych zawodników. Najgorzej było między 3 a 4 godziną biegu  kiedy ich wbiegały setki. Wolontariusze nie wiedzieli co mają robić i w co ręce włożyć. Pamiętam jak nie nadążaliśmy rozkładać folii dla nich. Te folie, zaraz po agrafkach to była taka praca never ending story. Ciągle były rozkładane i ciągle ich brakowało. Pamiętam, że biegacze wbiegali na metę dosłownie tłumem a potem szli na nas niczym zombie z The Walking Dead ;) Na prawdę, niektórzy byli tak wykończeni, że zastanawiałam się jak dojdą do wydawania posiłków. Na innych twarzach malowała się znowu niesamowita radość z powodu ukończenia królewskiego dystansu. Łzy, radość, szczęście, smutek, rozgoryczenie to wszystko razem było ze sobą wymieszane. 
Oj działo się przez te kilka dni. Wróciłam do domu zmęczona ale i zadowolona bo byłam częścią wspaniałego sportowego wydarzenia w Krakowie.
 
Zdjęcie wykonane przez Fotografa obecnego na zawodach

Co mi się nie podobało u Organizatora:
Nie będę się czepiać kwestii organizacyjnych bo ja nie mam żadnego doświadczenia w tej materii. Jednak muszę wspomnieć o tym, że koszulki na bieg RMF FM chyba nie dojechały na czas. Nie pamiętam dokładnie co tam było nie tak ale chyba spóźniły się i zawodnicy musieli przychodzić jeszcze raz. Do koszulek wydawanych na maraton i nocną dyche były ogromne kolejki. Tam zawinił ewidentnie brak ludzi. Pamiętam, że wydający uwijali się strasznie ale co z tego jak było tych osób kilka a zawodników setki. Wiadomo też nie od dziś, że jak koszulka nie jest wrzucona od razu do pakietu to zaczyna się wybrzydzanie chociażby z rozmiarami. Ludziom nie wolno dawać wyboru w niektórych sprawach i tyle ;)
Zraziły mnie do niektórych osób pracujących dla ZiS'u dwie rzeczy. Pierwsza to to, że liczył się dla nich tylko wynik i czy będzie więcej zawodników niż w Warszawie. Widziałam również, że jak było już wiadome, że najlepszy czas warszawski nie zostanie u nas pokonany to mieli już wszystko gdzieś i najchętniej poszliby do domu. A tu musieli zostać i jeszcze gratulować pierwszy zawodnikom. 
Jak już wspominałam wolontariusze zostali podzieleni na to co mają robić. I tak dzieci z jakiejś szkoły miały dawać medale tym, którzy pierwsi przybędą. Niestety nie miały śmiałości do nich podchodzić, wzięłam zatem medale i chcę lecieć a tu słyszę od jakiejś nauczycielki, że nie mogę bo to jej dzieci robią i nie mogę tykać medali. Oczywiście olałam ją i poszłam wydawać te medale. Zostałam zawrócona przez kogoś z Organizatorów bo mam nie tą koszulkę co trzeba i nie jestem od medali... Chwile później ta sama osoba, która mnie zawróciła poprosiła o pomoc przy ich VIPach bo brakowało ludzi i tu już nie przeszkadzał zły kolor koszulki. Jak nadeszła ogromna fala finiszujących to również nie ważne było kto ma jaki kolor koszulki i od czego jest. Brakowało ludzi do zakładania medali oraz rozkładania folii. Gdy chaos i największy tłum minął nauczycielka wzięła dzieci i olała pozostałych maratoczyków. Jak widać dla tej pani byli ważni i ważniejsi zawodnicy, Ci najwolniejsi są najmniej ważni i w sumie po co im dawać jakieś medale. Najważniejsze to pokazać się kiedy trzeba.




Co mi się podobało u Organizatora: 
Pomimo przekroczenia limitu czasu każdemu należał się medal i nikt nie był ściągany z trasy. Warto tutaj dodać, że ten limit czasu nie był przekroczony jakoś bardzo, więc pewnie dlatego Organizator kazał rozdawać medale. 
Zostałam również wyróżniona dwoma biletami na inne wydarzenie sportowe organizowane przez ZiS w Tauron Arenie. Bardzo za to jeszcze raz dziękuje. Jak widać praca na rzecz innych opłaca się.

Czy polecam wolontariat na tego typu zawodach? Oczywiście, że tak. Przede wszystkim dlatego, że jesteście częścią super wydarzenia i widzicie jak ono powstaje, ile trzeba włożyć wysiłku w taką imprezę, ile ludzi jest zaangażowanych. Możecie również sprawdzić czy umiecie działać w grupie, jak reagujecie na stres, czy umiecie szybko pracować i dostosowywać się do zmieniających się warunków. Na zawodach sportowych panuje cudowna atmosfera, nie ważne czy jesteście zawodnikami czy kibicami. Możecie również poznać ciekawych ludzi podczas takiego wolontariatu, samych organizatorów jak i wolontariuszy. Z tego co widziałam to te same osoby przychodziły tam co roku pomagać. Jeśli nigdy nie myśleliście o wolontariacie zastanówcie się nad nim bo na pewno będzie on fajną przygodą. 

Dla odważnych podaję link na przyszłość do wolontariatu na rzecz PZU Cracovia Maraton.

PS - zdjęć żadnych nie mam z tego czasu dlatego wstawiam fotki z moich krakowskich biegów.
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Endomondo - super sprawa czy gwóźdż do trumny?

Endomondo to wciąż najpopularniejsza aplikacja do mierzenia swoich aktywności fizycznych. Mimo, że każdy producent zegarków sportowych ma swoją, gdzie widzimy o wiele więcej danych to i tak wchodzimy na Endo. Ostatnio więcej słychać o dosyć popularnej Stravie ale nadal nie wysunęła się na prowadzenie. Gdziekolwiek gdy ktoś zapyta na publicznych forach jaką apkę wybrać przoduje Endomondo. Sama z niej korzystam a czy mi pomaga czy przeszkadza o tym dzisiaj.

Jajecznica z boczniakami i młodą cebulką

Jeśli obserwujesz moje InstaStory to doskonale wiesz, że moim hitem od kilku miesięcy są boczniaki. Zaraziła mnie nimi Pani Marta Dymek i moja miłość do nich trwa już kilka miesięcy. Dodawałam je na przykład do zupy ale takie smażone smakują najlepiej. Są bardzo mięsiste, nie robią się takie kapcie jak innne grzyby.

Zapiekana molwa pod jajeczną chmurką

Ciekawe ile z Was wie co to jest molwa? Ja do niedawna też nie wiedziałam. Jeśli mam wybór między produktem nie znanym a znanym, zazwyczaj wybiorę ten nowy bo uwielbiam kulinarne eksperymenty. Ten był bardzo udany i tak mi to danie zasmakowało, że będzie równie często gościło na mym stole co makarony. A teraz do dzieła.